Zerkam przez okno samolotu na błękitne przestworza. Obok mnie siedzi Marina, zasłuchana przez lecącą w jej słuchawkach muzykę. Na moich kolanach leży książka, "Zostań jeśli kochasz". Przerwałam czytanie z powodu natłoku myśli. Czy dam sobie radę w Polsce? Czy mój angielski akcent nie opanuje każdego wypowiedzianego przeze mnie słowa? To naprawdę jest wkurzające. Co jeśli mój wujek mnie nie pozna? Przypomniała mi się sytuacja gdy miałam siedem lat, wyjeżdżaliśmy wtedy z powrotem do Anglii, i żegnałam się z wujkiem, nie chciałam żeby o mnie zapomniał.
"Jesteś moją najsłodszą bratanicą na świecie, zawsze i wszędzie poznam twoją prześliczną twarzyczkę, zawsze". Powiedział, po czym pocałował mnie w czółko.
Ciekawe czy teraz mnie pozna, gdy się kompletnie zmieniłam. Nie mam już jasnych piegów na policzkach, moje oczy przyciemniały, a włosy wyjaśniały. Ale i tak nie mogę się doczekać kiedy go zobaczę. Zastępował mi ojca, którego nie mam, do póki z mamą nie wyprowadziłam się do Anglii. To był wielki cios, naprawdę. Mam nadzieję że zobaczę go na lotnisku, jak mnie wita z uśmiechem na twarzy i mówi: "Jak ja cię dawno nie widziałem". Myślenie przerwała mi Marina wyrwana z muzycznego transu.
- Nad czym tak myślisz? - wyjęła jedną ze słuchawek ze swojego ucha.
- Hm? - odwróciłam głowę w jej stronę. - A o niczym - uśmiechnęłam się.
Pokręciła głową i z powrotem włożyła słuchawkę do ucha, i podkręciła głośność muzyki tak, że nawet ja ją słyszałam.
Otworzyłam książkę tam, gdzie włożyłam zakładkę.
Po kilku godzinach byliśmy już na miejscu, w Warszawie. Wychodząc z samolotu chciałabym być jak najszybciej już w budynku i go zobaczyć. Pośpiesznie ruszyłam do wejścia, zostawiając innych w tyle. Przez całą drogę patrzałam się przed siebie, nie mrugając, ponieważ mogłabym coś przeoczyć. Tak, nawet o takie maleńkie gówienko się bałam. Po kilku minutach dotarłam do centrum lotniska gdzie wszyscy pasażerowie się zbierali. Niecierpliwie szukałam wzrokiem Roberta. Nigdzie go nie było. A może jest w toalecie? Gdy przestała mi się kończyć cierpliwość obracałam się dookoła własnej osi. Wyglądałam jak pacjentka szpitala psychiatrycznego która ma chory mózg. Nie widziałam się z nim 11 lat, chyba mam prawo się tak zachowywać. Kiedy nie uczepiłam na nikim wzroku, straciłam nadzieję. Stałam w miejscu i nie wiedziałam co zrobić. Powoli podeszłam do plastikowych siedzeń i usiadłam na jedno z nich. Złączyłam ręce i spuściłam głowę. Zawiodłam się trochę. Myślałam, że wie że przylatuję. Po chwili poczułam na swoim ramieniu rękę.
- Nie smuć się, może nie wiedział - usiadła obok mnie Marina.
Przytaknęłam.
- Chodź, pójdziemy po bagaże - uśmiechnęła się do mnie i chwyciła za rękę, abym wstała.
Posłusznie wstałam i poszłam za nią, jak mówiła, po bagaże.
W czasie jazdy autem w ogóle się nie odzywałam. Jakbym była niemową. Przez cały czas wpatrywałam się w widok za oknem. Postanowiłam się zapytać czy wie, te pytanie mnie od początku nurtowało.
- On wie? - mruknęłam, nie zmieniając pozycji.
- Nie wie - delikatnie uśmiechnęła się mama, patrząc cały czas na drogę.
To dlatego. Czyli mam mu zrobić niespodziankę. Aktualnie jedziemy do naszego domu. Rodzina Smith pojechała do swojego nowego mieszkania. Po tym co powiedziała moja mama humor mi się trochę poprawił. Nie wiedział, rozumiem. Jakieś sensowne wytłumaczenie jest.
Samochód wjechał na niewielki parking, przy którym stały trzy identyczne domy. Nowocześnie. Wysiadłam z samochodu cały czas im się przypatrując. Wzięłam swoje bagaże i poszłam z mamą pod klatkę. Otworzyła drzwi kluczem i weszłyśmy do środka. Na szczęście winda była, także wielkiego trudu nie było, ale bagaże miałyśmy ciężkie. Mama wcisnęła guziczek z cyferką 4. Po kilku sekundach rozległ się dźwięk otwieranej windy. Stanęłyśmy przed wielkimi, drewnianymi drzwiami w kolorze ciemnobrązowym. Mama przekręciła zamek kluczem i weszłyśmy do środka. Krótkim korytarzem doszłyśmy do średniej wielkości salonu z pięknym widokiem na Warszawę. Odłożyłyśmy bagaże przy drzwiach i poszłyśmy dalej zwiedzać. Gdy poszłyśmy w lewo, następnym niedługim korytarzem doszłyśmy do skromnej kuchni, również z przepięknym widokiem z okien. Następnie cofnęliśmy się do drzwi i poszłyśmy schodami na górę, które znajdowały się naprzeciwko drzwi wejściowych. Przed nami było dwoje drzwi. Na jednym z nich była tabliczka z moim imieniem, a na drugiej z napisem "Mama". Ja przeszłam przez swoje drzwi, a mama przez swoje. Gdy weszłam do mojego pokoju zamurowało mnie. Duże łóżko z przepiękną pościelą, przepiękne biurko, do tego idealny rozmiar pokoju. Nienawidzę wielgaśnych pokojów w których różne dodatki są dobierane na siłę aby niczego nie zabrakło. Ten pokój jest idealny. Nie za wielki, nie za mały, nie za nowoczesny, piękny. Weszłam w głąb pokoju i zauważyłam jeszcze jedne drzwi. Otworzyłam je i ujrzałam prześliczną łazienkę. Moja mama wie co lubię, kocham ją. Wyszłam szybko z obu pokoi i zeszłam na dół. Czekała tam już moja mama. Podbiegłam do niej i uwiesiłam się jej na szyi.
- Dziękuję - szepnęłam.
- Nie ma za co - zachichotała. - Mam nadzieję że pokój ci się podoba - uśmiechnęła się.
- Jest cudowny! - oderwałam się od niej. - A łazienka jest prześliczna - wyszczerzyłam się.
- To się cieszę - pocałowała mnie w czoło.
Wieczorem postanowiłyśmy razem z mamą delikatnie opić nasze nowe mieszkanie i przeprowadzkę. Delikatnie, czyli same piwko przy oglądaniu telewizji i jedzenia pizzy.
- I co w końcu z tym Robertem, mamo? - oderwałam oczy od ekranu telewizora.
- Odwiedzimy go kiedyś i powiemy że to niespodzianka, czy coś - podniosła się z pozycji leżącej na siedzącą. - Ja idę spać, mam dość na dzisiaj, ty też się niedługo kładź - pogłaskała mnie po głowie marszcząc czoło.
- Dobranoc - uśmiechnęłam się i odprowadziłam mamę wzrokiem do schodów.
***
Hej :) Oto pierwszy rozdział mojego opowiadania o Abstra i Ajgorze :) Jak widać nic się na razie nie dzieje, ale niedługo będzie :) Do zobaczenia niedługo! <3